Jak zostałem poetą

Na początku były spotkania z ks. Janem Twardowskim, fascynacja jego poezją – prostą, trafiającą w sedno – i organizacja wystawy poety w Muzeum Literatury.

A potem pomysł, by wykonywać z synem Rafałem rodzinne kartki świąteczne, które wysyłamy przyjaciołom. Robione są ręcznie tak, by każda  była unikalna. Rafał, politolog i artysta, odpowiada za stronę plastyczną kartek, ja zaś muszę w trybie pilnym napisać okolicznościowy wiersz. A skoro kartka świąteczna – to wiersz raczej religijny. A w międzyczasie bywały też sytuacje radosne i stresujące, ciekawe i mniej ciekawe. Wtedy powstały inne wierszyki. W tym samym czasie Rafał fotografował pejzaże, ludzi, sytuacje.

Powstała seria zdjęć intymnych, skupionych, często japonizujących. Może więc, pomyślałem, wydać kiedyś tomik wierszy, rymujących się z tymi fotogramami. Wiersz – fotografia, wiersz – fotografia… Pomyślałem i zapomniałem. Aż pewnego razu, podczas muzealnej herbaty (ach, ile to dobrej herbaty pije się w naszych muzeach!), pokazałem kilka wierszy kustoszowi Kazimierzowi Dąbrowskiemu, wytrawnemu poloniście, i spytałem, czy to coś warte. A kustosz na to, że warte, i to bardziej niż poezja wielu znanych mu osobistości. To mnie ośmieliło i przy najbliższej nadarzającej się okoliczności, kiedy przez przypadek zaciągnięty przez Marka Jaromskiego (którego przedstawiać nie trzeba) znalazłem się w domu Ernesta Brylla, gdzie gospodarz jadł właśnie zupę pomidorową, pokazałem mu wiersze. Ernest Bryll zupę zjadł, wiersze przeczytał, pochwalił, polecił wydać i wstęp do tomiku napisał. Pomyślałem, że raz jeszcze musze się upewnić i wiersze pokazałem Januszowi Odrowąż-Pieniążkowi. A dyrektor, że dobre, i że wydać trzeba. Pomyślałem: dyrektor Pieniążek to arystokrata ducha, a z natury delikatny i pełen empatii humanista. Więc może to tylko kurtuazja. I jak niewierny Tomasz do Marka Nowakowskiego się udałem, wiedząc, że to charakter z żelaza i ani komunie, ani postkomunie, ani w ogóle nikomu nie ma zamiaru się kłaniać. Jeżeli wiersze marne, to określi je na tyle dosadnie, że natychmiast wrzucę je do kosza i o wszystkim zapomnę. A Marek przeczytał, zadzwonił i powiedział: No, nie zawiodłem się na tobie. Dobrze jest – pomyślałem sobie. Skoro ta poezja jest dobra, to powinna trafić pod strzechy. Ale lud polski poezji nie czyta. Co najwyżej można mu ją przemycić w wersji śpiewanej. Od czasów Czesława Niemena każdy już wie, kto to Asnyk i kto to Norwid. Więc zadzwoniłem do przyjaciół Rafała – Krzysztofa i Adama Wiśniewskich (z wiadomym Wiśniewskim nic wspólnego nie mających), którzy są muzykami i gitarzystami, by wiersze zechcieli przeczytać i muzykę do nich skomponować. A  oni przeczytali i skomponowali. I wtedy pomyślałem sobie: A jakby tak sam Marek Ałaszewski, lider kultowej grupy Klan do któregoś z moich wierszy muzykę skomponował? Niedawno napisał monumentalne oratorium do wiersza T. S. Eliota „Podróż trzech króli”. Więc zadzwoniłem, a on się zgodził i napisał. Będzie więc czego słuchać na promocji tomiku 25.11 w Piwnicy pod Baranami i 26.11 w zakopiańskiej Kolibie. Wiersze czytał będzie Henryk Boukołowski. 

 

  • WYDAWCA
  • biały kos
  • SPONSOR
  • 5dolin
  • PATRONAT
  • muzeum literatury
  • teologia polityczna
  • fronda
  • telewizja republika